Surfing to sport, który potrafi wycisnąć z ciała naprawdę dużo. Kilka godzin w zimnej wodzie, ciągłe wiosłowanie, dynamiczne zrywy na falę i balansowanie na desce wyczerpią nawet osobę w świetnej kondycji. To, co jesz przed sesją, w jej trakcie i po wyjściu z wody, ma ogromne znaczenie dla Twojej wydolności i regeneracji. Ale spokojnie: dieta surfera wcale nie musi oznaczać musli z nasionami chia i avocado toast na śniadanie. W tym artykule pokażemy, co naprawdę warto jeść, żeby dobrze czuć się na falach, niezależnie od tego, czy trenujesz pod zawody, czy po prostu chcesz złapać kilka fal w weekend.
Zanim przejdziemy do konkretów, warto rozróżnić trzy podejścia do surfingu, bo wymagania dietetyczne naprawdę się różnią.
Osoba trenująca regularnie, przygotowująca się do zawodów albo spędzająca na wodzie po kilka godzin dziennie potrzebuje przemyślanej strategii żywienia. Zapotrzebowanie kaloryczne potrafi być zaskakująco wysokie, bo surfing łączy elementy wytrzymałościowe (wiosłowanie), siłowe (pop-up, utrzymywanie pozycji) i anaerobowe (krótkie, intensywne zrywy). Do tego dochodzi termoregulacja, bo ciało w wodzie traci ciepło znacznie szybciej niż na lądzie. Dla takiego surfera ważne jest precyzyjne rozplanowanie posiłków w ciągu dnia, odpowiednie proporcje makroskładników i suplementacja. To podejście zbliżone do diety każdego innego sportowca wyczynowego.
Większość z nas surfuje dla przyjemności. Godzina, dwie na wodzie, potem plaża, piwo (bezalkoholowe, jeśli wracamy na fale), kumpele. Tutaj nie trzeba liczyć kalorii ani planować posiłków z zegarkiem w ręku. Wystarczy kilka prostych zasad: zjeść coś sensownego przed sesją, nie wchodzić do wody na pusty żołądek ani tuż po obiedzie, a po sesji uzupełnić energię. Bez nadmiernej nauki, bez superfoods, bez stresu. Ten artykuł jest napisany z myślą o obu grupach, z zaznaczeniem, gdzie podejście się różni.
Nieodłączną częścią surfowania są podróże oraz biwakowanie. Pod względem żywienia sprawdzone zasady z trekkingu działają tu tak samo: miej coś na rano zanim wyjdziesz, nie polegaj wyłącznie na tym co znajdziesz na miejscu, uzupełniaj elektrolity gdy dużo się pocisz.
Warto przed wyjazdem sprawdzić dostępność lokalnych sklepów i spakować bazę na wypadek pustego hostelu o świcie: orzechy, płatki, odżywka białkowa, elektrolity w saszetkach. Lokalna kuchnia nadmorska zazwyczaj naturalnie odpowiada temu, czego potrzebuje aktywne ciało: ryż, ryby, warzywa, owoce. Jedyne czego nie warto testować w dzień intensywnej sesji to nieznanego jedzenia.
Osobną kwestią jest regeneracja rozłożona na kilka dni z rzędu. Codzienne sesje w wodzie mocno obciążają dłonie, opuszki i nadgarstki. Białko i odpowiednie nawodnienie robią tu realną różnicę, szczególnie w drugiej połowie tygodniowego wyjazdu gdy zmęczenie zaczyna się kumulować.
Czas posiłku przed sesją jest równie ważny jak jego skład. Jedzenie zbyt blisko wejścia do wody to prosta droga do dyskomfortu żołądkowego, który na falach potrafi skutecznie zepsuć zabawę. Optymalny czas to od półtorej do trzech godzin przed sesją, w zależności od wielkości posiłku.
Lekki posiłek (np. kanapka z serem, owsianka z bananem) wystarczy zjeść 90 minut wcześniej. Obfitszy (np. jajecznica z pieczywem i warzywami albo porcja kaszy z mięsem) powinien trafić na talerz co najmniej 2,5 godziny przed wejściem do wody.
Podstawą powinny być węglowodany złożone. To one zapewnią stabilną energię na długie godziny w wodzie. Węglowodany proste (cukier, białe pieczywo, słodycze) dadzą szybki zastrzyk energii, ale równie szybko poziom glukozy spadnie, zostawiając Cię bez sił w najgorszym momencie.
Dobre źródła węglowodanów złożonych to owsianka, ryż, pieczywo pełnoziarniste, kasza gryczana, bataty i makaron. Do tego warto dodać umiarkowaną porcję białka (jajka, jogurt naturalny, indyk, kurczak), które pomoże ustabilizować poziom cukru we krwi. Tłuszcze również się przydadzą, ale w umiarkowanej ilości, bo spowalniają trawienie.
Nie musisz jeść jak z instagramowego profilu fit influencera. Oto kilka sprawdzonych zestawów:
Kanapki z pełnoziarnistego chleba z szynką, serem i pomidorem. Proste, sprawdzone, dostępne wszędzie. Dwa takie kanapki na półtorej godziny przed sesją i masz energię na dobrą godzinę pływania.
Owsianka z bananem i miodem. Klasyk, który działa. Jeśli lubisz, dodaj masło orzechowe, ale to żadna konieczność.
Jajecznica na toście. Dwa jajka, kawałek chleba, pomidor. Szybkie, sycące i pełne białka.
Ryż z kurczakiem i warzywami. Wersja dla tych, którzy planują długą sesję i jedzą na 2,5 do 3 godzin przed wejściem do wody. Nic wymyślnego, po prostu solidna porcja energii.
Makaron z sosem pomidorowym. Nawet zwykłe spaghetti bolognese ze słoika sprawdzi się lepiej niż pusty żołądek albo batonik z automatu.
To może brzmieć paradoksalnie, ale spędzanie godzin w wodzie wcale nie chroni przed odwodnieniem. Wysiłek fizyczny, wiatr, słońce i kontakt z wodą morską sprawiają, że organizm traci wodę szybciej, niż mogłoby się wydawać. Wielu surferów nie czuje pragnienia, bo otaczająca ich woda „oszukuje” mechanizmy regulacji.
Odwodnienie już na poziomie 2% masy ciała obniża wydolność, spowalnia reakcje i pogarsza koncentrację. Na falach to realna strata.
Zacznij pić wodę kilka godzin przed sesją. Około 500 ml na dwie godziny przed surfowaniem, potem kolejne 200 ml tuż przed wejściem do wody. Unikaj picia dużych ilości naraz.
Woda mineralna to podstawa. Jeśli planujesz sesję dłuższą niż dwie godziny, warto dodać elektrolity: szczypta soli, odrobina soku z cytryny do wody albo gotowy napój izotoniczny. Chodzi o uzupełnienie sodu, potasu i magnezu, które tracisz z potem.
Kawa przed sesją? Wielu surferów pije poranną kawę i dobrze na tym wychodzi. Kofeina poprawia koncentrację i mobilizuje organizm. Pamiętaj tylko, że kawa działa moczopędnie, więc po filiżance wypij dodatkową szklankę wody.
Nie zawsze sesja trwa nieprzerwanie. Czasem wychodzisz na chwilę, odpoczywasz i wracasz na line-up. W takich momentach warto mieć pod ręką szybką przekąskę, która podniesie energię bez obciążania żołądka. Powinna być łatwa do zjedzenia, odporna na ciepło i piasek (realia plażowe!) i nie wymagać lodówki.
Banany to absolutna klasyka. Naturalne opakowanie, mnóstwo potasu, szybkie węglowodany i łatwość jedzenia nawet mokrymi rękami. Daktyle i suszone figi dostarczają skoncentrowanej energii w małej objętości. Batony energetyczne, najlepiej te z krótkim składem i bez nadmiaru cukru, też sprawdzą się dobrze. Mieszanka orzechów i suszonych owoców to kolejna sprawdzona opcja. Kanapka z masłem orzechowym albo z serem na ciemnym chlebie przetrwa kilka godzin w plecaku bez problemu.
Warto tu wspomnieć o Adamie Małyszu, który gdy zawody się przeciągały i czekanie na skoczni trwało godzinami, sięgał przed skokiem po banana i bułkę. Sprawdzone jedzenie, przewidywalna reakcja organizmu i zero ryzyka niespodzianek w kluczowym momencie. W surfingu wyczynowym myślenie jest dokładnie takie samo. W dzień zawodów albo wymagającej sesji nie ma miejsca na eksperymenty z nieznanym jedzeniem.
A co z budką na plaży? Gofr albo zapiekanka to nie jest idealny posiłek sportowy, ale jeśli surfujesz rekreacyjnie i masz ochotę, to nikt nie umrze od jednego gofra. Ważne, żeby nie był to jedyny posiłek przed powrotem na wodę.
Po wyjściu z wody organizm jest szczególnie chłonny na składniki odżywcze. Okres od 30 do 60 minut po treningu to moment, w którym najefektywniej odbudowujesz zapasy glikogenu i naprawiasz mikrouszkodzenia mięśni. Surferzy wyczynowi powinni to okno wykorzystać świadomie. Surferzy rekreacyjni mogą podejść do tego luźniej, ale warto coś zjeść w ciągu godziny po sesji.
Po surfingu Twoje ciało potrzebuje przede wszystkim dwóch rzeczy: białka do odbudowy mięśni i węglowodanów do uzupełnienia zapasów energii. I tu jest szerokie pole do popisu, bo nie musisz jeść quinoa bowla z awokado, żeby dobrze się zregenerować.
Rosół z makaronem. Ciepły, słony, pełen elektrolitów, z węglowodanami z makaronu i białkiem z kurczaka. Po zimnej sesji na Bałtyku nie ma nic lepszego. W polskich warunkach to absolutnie idealny posiłek posurfingowy.
Schabowy z ziemniakami i surówką. Klasyka polskiej kuchni, a jednocześnie solidna dawka białka i węglowodanów. Nie najlżejszy posiłek, więc nie jedz go na 15 minut przed powrotem na wodę, ale po zakończeniu dnia na falach sprawdzi się doskonale.
Placki ziemniaczane z gulaszem. Dużo węglowodanów, białko z wołowiny, ciepłe i sycące. Na Półwyspie Helskim to lokalna specjalność, którą znajdziesz w wielu restauracjach.
Zupa rybna. Na Helu zupa z sandacza to coś, czego nie przegapisz. Białko z ryby, ciepło, aromat. Idealna po sesji w chłodniejszy dzień.
Pierogi z mięsem lub ruskie. Węglowodany z ciasta, białko z farszu, a do tego smak, który każdy Polak zna od dziecka. Na kempingu, w barze na plaży, z domowej kuchni. Pierogi to surferski superfood, o którym nikt nie mówi.
Makaron z sosem. Bolognese, carbonara, aglio e olio. Szybkie, sycące, pełne węglowodanów. Pasta to nie bez powodu podstawa diety sportowców na całym świecie.
Surfowanie łączy ludzi z różnych kultur, a lokalna kuchnia surfingowych destynacji jest tego pięknym odzwierciedleniem. Warto się nią inspirować, bo każda z tych tradycji kulinarnych instynktownie odpowiada na potrzeby surferów.
Portugalia to europejska stolica surfingu, a portugalska kuchnia jest jedną z najlepszych na kontynencie. Bacalhau (dorsz) przyrządzany na setki sposobów to klasyk. Pasteis de nata (ciasteczka jajeczne) z poranną kawą galão dostarczą szybkiej energii przed sesją. Caldo verde (zupa z jarmużu z chorizo) rozgrzeje po wieczornym surfowaniu w Ericeirze.
francesinha (tost kiełbasa kotlet boczek parówki jakieś smażone mięso ser tost jajko sadzone – frytki i wszystko ratuje tłusty sos) 🙂 Portugalskie narodowe danie
Francesinha to kultowe danie z Porto, które trudno zakwalifikować jako posiłek przed sesją. Gruba kanapka z kilkoma rodzajami mięsa, zalana sosem pomidorowo-piwnym i przykryta roztopionym serem, często serwowana z frytkami, to jedna z bardziej kalorycznych rzeczy jakie można zamówić na Półwyspie Iberyjskim. Surferzy odwiedzający północną Portugalię prędzej czy później na nią trafią. Najlepiej jednak zostawić ją na wieczór po długim dniu na wodzie, kiedy organizm naprawdę ma ochotę na coś solidnego.
Na Hawajach poke bowl z surowym tuńczykiem, ryżem i warzywami to posiłek, który znaleźć można na każdym rogu. Świeża ryba to doskonałe źródło białka i omega-3. Plate lunch (ryż, makaron sałatkowy i mięso lub ryba) to z kolei sycący obiad za rozsądne pieniądze, który tankuje energię na popołudniową sesję.
Na Bali przed sesją surferzy jedzą nasi goreng (smażony ryż z jajkiem i warzywami), pełny węglowodanów i smaku. Sate (szaszłyki z kurczaka z sosem orzechowym) to świetna przekąska po wyjściu z wody. Smoothie z tropikalnych owoców z dodatkiem mleczka kokosowego nawodni i dostarczy szybkich cukrów.
W Maroku przed sesją serwuje się tagine z warzywami i kuskusem albo harirę (gęstą zupę z ciecierzycy i soczewicy). Sycące, bogate w węglowodany złożone i roślinne białko. Marokańska herbata miętowa z dużą ilością cukru to z kolei szybki zastrzyk energii na plaży.
Japonia to surferski raj, o którym mało kto wie. Shonan, Chiba, Shikoku to miejsca z solidnymi falami i fantastyczną kuchnią. Ramen po sesji to japońska wersja naszego rosołu: ciepły, słony, pełen umami. Sushi i sashimi dostarczają białka z ryb w najczystszej formie. Onigiri (trójkąty ryżowe z nadzieniem) to idealna przekąska na plażę.
Polscy surferzy mają na Bałtyku swoje własne kulinarne tradycje, nawet jeśli jeszcze tego nie nazwali. Zupa rybna z dorsza lub sandacza, smażona ryba z budki na Helu, kaszubski placek ziemniaczany z gulaszem, gorący bigos z kempingowego garnka. Na talerzu warto postawić na legitne lokalne ryby, takie jak flądra (stornia), śledź czy sezonowa belona, które trafiają do kuchni prosto z kutrów cumujących w helskim porcie. To właśnie one są gwarancją autentycznego smaku Bałtyku.
Jeśli jednak wybierasz popularne wędzone specjały, pamiętaj o ich pochodzeniu: kultowa makrela to gość z zimnych wód Atlantyku, a szlachetny węgorz pochodzi dziś niemal wyłącznie z hodowli, bo w naszym morzu stał się rarytasem. Mimo że są „turystami”, te tłuste ryby to genialne źródło białka i kwasów omega-3. A dla tych, którzy od morskich skarbów wolą konkret na lądzie, pozostaje schabowy – na Półwyspie Helskim traktowany z niemal nabożną czcią i uważany za osobną dyscyplinę kulinarną, w której kucharze ścigają się o miano tego najbardziej chrupiącego.
| Ryba | Status i pochodzenie | Czy jest „legitna” (lokalna)? |
| Flądra (Stornia) | Królowa Bałtyku. Najpewniejszy wybór. Jeśli jesz ją w sezonie (lato), masz niemal 100% pewności, że rano była jeszcze w morzu. | TAK |
| Śledź | Występuje w Bałtyku masowo. Większość smażalni i wędzarni bazuje na lokalnych dostawach od rybaków. | TAK |
| Belona | Sezonowy hit (maj/czerwiec). Ma charakterystyczne zielone ości. Jeśli widzisz ją w menu, to na pewno pochodzi z Zatoki Puckiej. | TAK |
| Szprot | Mała, ale bardzo lokalna ryba. Często serwowana jako wędzona przekąska lub smażona w całości („frytki z ryby”). | TAK |
| Dorsz | Dawniej symbol Bałtyku, obecnie objęty surowym zakazem połowów komercyjnych. Ten w menu to najczęściej import z Norwegii lub Islandii. | NIE (import) |
| Makrela | Ryba oceaniczna (Atlantyk). W Bałtyku nie występuje w stadach łownych. Do wędzarni trafia jako mrożony import. | NIE (import) |
| Węgorz | W Bałtyku jest krytycznie zagrożony. Ten w wędzarniach to niemal zawsze import z hodowli (Dania, Holandia). | NIE (hodowla) |
| Łosoś | Dziki łosoś bałtycki jest rzadki i drogi. To, co widzisz jako „steki z łososia”, to w 99% hodowlany łosoś norweski. | NIE (hodowla) |
| Pstrąg | Ryba słodkowodna. Na Helu pochodzi wyłącznie z lądowych hodowli, nie z morza. | NIE (hodowla) |
| Halibut / Karmazyn | Ryby głębinowe, zimnowodne. W Bałtyku ich nie ma – to zawsze dalekomorski import. | NIE (import) |
Surfing często wiąże się z podróżą. Czasem to kilka godzin samochodem na Hel, czasem lot na drugą stronę świata, a czasem tygodniowy road trip wzdłuż wybrzeża z noclegami na campingach i parkingach. W takich warunkach nie zawsze masz dostęp do kuchni, lodówki albo porządnej restauracji. A jeść trzeba, bo na pusty żołądek nie wejdziesz na fale.
Puszka tuńczyka, sardynki w oliwie, konserwa mięsna. Nic romantycznego, ale konserwy mają swoje zalety: nie wymagają lodówki, mają długi termin przydatności, są tanie i dostępne w każdym sklepie na świecie. Puszka tuńczyka z kawałkiem chleba i pomidorem to uczciwy posiłek na parkingu przed sesją. Sardynki w oliwie dostarczą omega-3 i białka. Konserwa mięsna z pieczywem to nie kulinarne arcydzieło, ale po pięciu godzinach za kierownicą i przed wieczorną sesją robi robotę.
Warto mieć w samochodzie zapas konserw na wypadek, gdyby plan z restauracją albo gotowaniem na kempingu się nie wypalił. Kilka puszek tuńczyka, fasola po bretońsku, makaron w sosie. To jedzenie „na wszelki wypadek”, które może Cię uratować.
Liofilizaty to jedno z najciekawszych rozwiązań dla podróżujących surferów. Proces liofilizacji polega na zamrożeniu gotowego dania, a następnie usunięciu z niego wody w warunkach próżniowej sublimacji. Brzmi kosmicznie i nie bez powodu: tą samą technologię NASA stosuje do karmienia astronautów. W praktyce oznacza to pełnowartościowy posiłek zamknięty w saszetce, który waży od 60 do 130 gramów (zamiast oryginalnych 350 do 500), a po zalaniu wrzątkiem w ciągu kilkunastu minut wraca do formy gotowego dania.
W odróżnieniu od zupki chińskiej liofilizat to prawdziwy posiłek, ugotowany od początku do końca, a potem pozbawiony wody. Zachowuje smak, aromat i (co najważniejsze) wartości odżywcze. Polscy producenci (LyoFood, Lyommy) robią liofilizaty na naprawdę wysokim poziomie, od gulaszu wołowego z ziemniakami, przez szakszukę z chorizo, po łososia z brokułami i makaronem. Dostępne są też wersje wegańskie, bezglutenowe i keto. Jedna saszetka to zazwyczaj od 400 do 600 kcal, co wystarczy na solidny posiłek po sesji.
Jedyna wada? Potrzebujesz wrzątku. Kuchenka turystyczna na kartusz gazowy i kubek albo menażka to minimum sprzętowe. Na kempingu, w domku albo w vanie z kuchenką to żaden problem. Na dzikiej plaży bez sprzętu będzie trudniej. Druga wada to cena. Jedna saszetka liofilizatu kosztuje zazwyczaj od 25 do 40 złotych, więc na kilkutygodniowym tripie budżet rośnie.
Kiedy się przydaje? Na surf tripach samochodem albo vanem, gdy chcesz mieć zapas jedzenia niezależnie od tego, co znajdziesz po drodze. Na campingach, gdzie nie ma restauracji. Na dalekich wyjazdach, gdzie nie znasz lokalnej kuchni i chcesz mieć pewny posiłek w zapasie.
Powiedzmy sobie szczerze: zupki chińskie to standard w bagażniku każdego surfera jadącego na spot. Są tanie, lekkie, zajmują mało miejsca i wymagają tylko wrzątku. Problem w tym, że z perspektywy odżywczej to praktycznie puste kalorie. Dużo soli, dużo glutaminianu sodu, biały makaron, który daje krótki zastrzyk energii i nic więcej. Zero białka, zero witamin, zero błonnika.
Czy to znaczy, że nie wolno ich jeść? Oczywiście, że wolno. Zupka chińska o drugiej w nocy na kempingu w Ericeirze po całym dniu surfowania to klasyczne surferskie doświadczenie i nikt go Ci nie zabierze. Ale rób to świadomie: wrzuć do zupki jajko (gotowane wcześniej albo wbite na surowo do wrzątku), dodaj garść orzeszków albo puszeczkę tuńczyka. Tak „podkręcona” zupka staje się przynajmniej trochę bardziej wartościowym posiłkiem. A na co dzień sięgaj po liofilizaty albo gotuj sam.
Kilka rzeczy, które warto mieć w samochodzie lub plecaku na każdym surf tripie, niezależnie od destynacji:
Woda mineralna (przynajmniej 2 litry na osobę na dzień). Banany i jabłka (wytrzymują kilka dni bez lodówki). Orzechy i suszone owoce. Pieczywo i masło orzechowe. Konserwy: tuńczyk, sardynki, fasola. Dwa albo trzy liofilizaty „na czarną godzinę”. Batony energetyczne o krótkim składzie. Kawa rozpuszczalna lub mielona z kuchenką turystyczną. Elektrolity w proszku lub tabletkach.
Z takim zestawem przeżyjesz niezależnie od tego, czy trafisz na camping z pełną kuchnią, czy zaparkowałeś vana na dzikiej plaży w środku niczego.
Skoro piszemy na blogu SurfPoint, nie sposób pominąć restauracji Ale Fale, która działa na terenie ośrodka Pod Cyprysami w Jastarni. To miejsce, w którym surferzy z SurfPoint jedzą na co dzień, więc karta jest uszyta pod aktywny tryb życia nad wodą.
Rano bufet śniadaniowy ze słodkimi i słonymi opcjami pozwala złożyć sobie posiłek dopasowany do planu dnia. Kto ma przed sobą trzygodzinną sesję, ten nałoży więcej. Kto planuje leniwy dzień na plaży, zje lżej.
Z karty obiadowej warto zwrócić uwagę na kilka pozycji, które świetnie wpisują się w potrzeby surferów. Rosół z kury z domowym makaronem to klasyczny posiłek regeneracyjny, ciepły i pełen elektrolitów. Zupa rybna na sandaczu rozgrzeje po każdej sesji na Zatoce. Pierś z kurczaka supreme z puree, młodą marchewką i sosem pomarańczowym to niemal modelowy zestaw: chude białko, węglowodany złożone, warzywa. Sandacz z puree i zielonymi warzywami albo pstrąg pieczony w całości z opiekanymi ziemniakami to najlepsza lokalna ryba na talerzu. Placki bałtyckie z gulaszem wołowym (albo w wersji wege z sosem grzybowym) to solidny ładunek węglowodanów i białka w jednym.
Kto woli coś lżejszego, znajdzie makaron z krewetkami na białym winie, tagliatelle verde z pesto i zielonymi warzywami albo sałatkę cezar z grillowanym kurczakiem. Do tego smażone sardynki na przystawkę, które dostarczą omega-3 i białka.
Po całym dniu na wodzie pizza z Ale Fale to uczciwy wybór na wieczór. Ciasto ø30, kilka wariantów, od margherity po parmę z prosciutto crudo i rukolą. Na deser panna cotta z owocami albo szarlotka na ciepło z lodami waniliowymi.
Do picia woda, kawa, herbata, autorskie lemoniady ze świeżych owoców. Ciekawa opcja to piwo bezalkoholowe, które po treningu zaskakująco dobrze nawadnia (jest izotoniczne i zawiera witaminy z grupy B). Wieczorem bar serwuje koktajle i wina, w tym wina bezalkoholowe. Pamiętaj o zasadzie: jeśli jutro surfujesz rano, lepiej zostać przy wersji 0%.
Przy sensownej, urozmaicnej diecie suplementacja nie jest konieczna. Surfing wiąże się jednak z kilkoma specyficznymi wyzwaniami, które mogą uzasadniać sięgnięcie po dodatkowe wsparcie. Dotyczy to przede wszystkim surferów wyczynowych, którzy trenują codziennie. Surfujący rekreacyjnie w weekendy raczej nie muszą się tym przejmować, jeśli ich codzienna dieta jest w porządku.
Magnez to pierwszy suplement, po który sięga wielu surferów. Intensywny wysiłek i pocenie się prowadzą do szybkiej utraty magnezu, co objawia się skurczami, zmęczeniem i problemami z regeneracją. Cytrynian lub diglicynian magnezu to najlepiej przyswajalne formy.
Witamina D3 może wydawać się zbędna dla kogoś, kto spędza czas na słońcu. W praktyce jednak wiele osób surfuje w piankach zakrywających większość ciała, a sesje często odbywają się rano lub wieczorem, gdy promieniowanie UV jest niskie. Na Bałtyku problem jest jeszcze większy, bo sezon trwa od wiosny do jesieni i słońca bywa mało. Warto zbadać poziom witaminy D we krwi i w razie potrzeby uzupełnić braki.
Omega-3 (kwasy tłuszczowe EPA i DHA) wspierają stawy, zmniejszają stany zapalne i pomagają w regeneracji. Jeśli nie jesz tłustych ryb co najmniej dwa razy w tygodniu (a większość z nas nie je), suplement omega-3 może być dobrym pomysłem. Na Helu masz ułatwione zadanie, bo świeże ryby i wędzone specjały z lokalnych wędzarni są na wyciągnięcie ręki.
Elektrolity w formie tabletek rozpuszczalnych lub proszku to praktyczne rozwiązanie na długie sesje. Uzupełniają sód, potas i magnez tracone z potem.
Ciężkie, tłuste posiłki tuż przed surfowaniem to gwarancja problemów żołądkowych i uczucia ociężałości na falach. Fast food, frytki, panierowane jedzenie. To nie jest jedzenie na godzinę przed wejściem do wody. Ale wieczorem, po sesji, jeśli masz na to ochotę? Nie ma powodu, żeby się biczować.
Napoje gazowane wypełniają żołądek gazem, powodując dyskomfort, zwłaszcza przy intensywnym wiosłowaniu i leżeniu na desce na brzuchu.
Produkty wysokobłonnikowe w dużych ilościach przed sesją (surowe warzywa krzyżowe, rośliny strączkowe) mogą powodować wzdęcia. Na co dzień są zdrowe i wartościowe, ale tuż przed wejściem do wody lepiej je ograniczyć.
Alkohol wieczorem przed ranną sesją to klasyczny sabotaż. Odwadnia organizm, zaburza jakość snu i spowalnia regenerację. Nawet niewielka ilość potrafi wpłynąć na czas reakcji i koordynację następnego dnia. Jedno piwo? Raczej nie poczujesz różnicy. Pięć piw? Następnego dnia lepiej zostać na plaży.
Batony czekoladowe, żelki, napoje energetyczne pełne cukru i białe pieczywo powodują gwałtowne skoki glukozy we krwi, po których następuje równie gwałtowny spadek. To oznacza krótki przypływ energii, a potem nagłą słabość. Na falach taki spadek formy może być nie tylko frustrujący, ale i niebezpieczny.
Dieta roślinna świetnie sprawdza się w surfingu, pod warunkiem że zadbasz o kilka kluczowych elementów. Białko roślinne z tofu, tempeh, roślin strączkowych i komosy ryżowej w zupełności wystarczy do regeneracji mięśni. Warto łączyć różne źródła białka w ciągu dnia, żeby zapewnić sobie pełen profil aminokwasów.
Weganie powinni zwrócić szczególną uwagę na witaminę B12 (konieczna suplementacja), żelazo (ciemne warzywa liściaste, soczewica, pestki dyni), wapń (napoje roślinne wzbogacane, tahini, brokuły) oraz omega-3, które w wersji roślinnej można pozyskać z oleju z alg morskich. Na Helu w restauracji Ale Fale wegetarianie znajdą kilka opcji: tagliatelle verde z pesto i zielonymi warzywami, placki bałtyckie w wersji wege z sosem grzybowym, burger halloumi albo sałatkę z karmelizowanym kozim serem.
Śniadanie (2,5 godziny przed sesją): owsianka z bananem, orzechami i miodem. Szklanka wody z cytryną. Kawa.
Sesja surfingowa (2,5 godziny): picie wody z elektrolitami w przerwie. Banan na plaży.
Posiłek po sesji (w ciągu 45 minut): pierś z kurczaka z ryżem i warzywami albo zupa rybna z pieczywem.
Obiad: makaron z krewetkami i warzywami. Sałatka.
Kolacja: pieczony łosoś z batatami i zielonymi warzywami.
Przekąska wieczorna: jogurt z granolą i owocami.
Śniadanie: jajecznica na toście. Kawa.
Sesja surfingowa (1,5 godziny): butelka wody.
Po sesji: rosół z makaronem albo placki ziemniaczane z gulaszem w restauracji przy spocie.
Reszta dnia: normalnie, bez specjalnych zasad. Jedz to, na co masz ochotę, pilnuj nawodnienia, unikaj ciężkich posiłków tuż przed ewentualnym powrotem na wodę.
Najlepiej spożyć 1,5 – 3 godziny przed wejściem do wody.
Odporne na piasek i słońce, łatwe do zjedzenia mokrymi rękami.
Najlepiej zjeść w ciągu 30-60 minut po wyjściu z wody.
Rzeczy, które warto mieć w aucie lub vanie.
Dieta surfera nie musi wyglądać jak z poradnika kalifornijskiego fit influencera. Niezależnie od tego, czy surfujesz wyczynowo, czy rekreacyjnie, zasady są proste. Jedz solidny posiłek z węglowodanami odpowiednio wcześnie przed sesją. Pij wodę. Po sesji uzupełnij białko i energię. Unikaj ciężkiego jedzenia tuż przed wejściem do wody i nie przesadzaj z alkoholem, jeśli planujesz pływać następnego dnia.
Rosół może być równie dobrym posiłkiem posurfingowym jak poke bowl. Schabowy z ziemniakami regeneruje tak samo skutecznie jak sałatka z quinoa. A placki bałtyckie z gulaszem na Helu to surferski superfood, o którym jeszcze za mało się mówi. Jedz lokalnie, jedz smacznie i nie komplikuj sobie życia.